Lasy, elektrownie i modlitwy

 

Szczyty klimatyczne są po to, żeby pokazać, że nie tędy droga. Że środkami politycznymi nie da się zrobić więcej. Społeczne protesty klimatyczne są po to, żeby pokazać, że ludzie protestują, ale prawdopodobnie również po to, żeby pokazać, że również nie tędy droga. Z kursu na zderzenie, na który weszliśmy ostatecznie jakieś trzydzieści lat temu, mogą nas sprowadzić raczej odważne decyzje silnych globalnych graczy, postępy nauki względnie… rozsądne korporacje. Wszelkie działania we własnym zakresie (choć istotne moralnie) są z punktu widzenia emisji,  niestety, pomijalne.

Kiedy niecały miesiąc temu formułowaliśmy w grupie osób zainteresowanych ratowaniem sytuacji swoistą bazę programową czy zestaw tez tego, co później określiliśmy mianem #fota4climate (z czym można się zapoznać TUTAJ), w większości zgodziliśmy się co do tego, żeby nie pokładać nadziei w politycznym rozwiązaniu problemu.

Patrząc na wstępne wieści z 24. Klimatycznego szczytu Konferencji Stron (COP – Conference of Parties), wygląda na to, że mieliśmy rację. Wedle dostępnej nam wiedzy, przyjęte tam ustalenia nie pozwolą na powstrzymanie wzrostu temperatury globalnej poniżej 1,5°C do połowy wieku, a do końca wieku będą to najprawdopodobniej 3-4°C. Brak jeszcze oficjalnego stanowiska COP24, ale wstępne komentarze są sceptyczne. Delegacje wynegocjowały zasady realizacji porozumienia paryskiego – tak zwany Pakiet Katowicki (swoistą mapę drogową realizacji Porozumienia Paryskiego z 2015 roku), ale zrezygnowały z dalszego zwiększania wysiłków w walce z klimatycznym fatum. Jak podaje portal Interia: „Podczas wystąpień część państw krytykowała, że w „pakiecie katowickim” nie została uregulowana realizacja art. 6 Porozumienia paryskiego. Punkt ten został usunięty z dokumentu końcowego. Artykuł ten przewiduje m.in. dobrowolną współpracę państw przy wdrażaniu krajowych zobowiązań klimatycznych, tak by mogły być one bardziej ambitne. Zakłada też wprowadzenie nadzorowanego przez Konwencję Klimatyczną ONZ międzynarodowego mechanizmu rynkowego, który ma służyć promocji zrównoważonego rozwoju i ograniczaniu emisji oraz przyczyniać się do realnego osiągania celów określonych przez poszczególne kraje. Przy czym redukcje wynikające z mechanizmu międzynarodowego nie mogą być wliczane do zobowiązań krajowych. Dodatkowo część przychodów z tego mechanizmu miałaby być przekazywana państwom rozwijającym się szczególnie narażonym na zmiany klimatu w celu pokrycia kosztów adaptacji. Przybyliśmy do Katowic, oczekując zasad i ambicji. Jeżeli chodzi o zasady, przyjęliśmy je, przyjęliśmy wytyczne do realizacji Porozumienia paryskiego, ale teraz trzeba, aby wszystkie strony zaczęły je wdrażać. Odczuwamy, że te wytyczne dają dobrą podstawę. Niestety, nie udało nam się zakończyć w Katowicach prac dot. art. 6. Porozumienia paryskiego – mówił przedstawiciel Etiopii”.

Bez względu na powyższe zastrzeżenia, ustalenia COP24 i tak nie spełniają celu, dla którego organizuje się szczyty klimatyczne – to jest nie wskazują realnej drogi uniknięcia katastrofy, poprzestając na ogólnikowych deklaracjach, które nieznaczna część państw zrealizuje, a znaczna część już nie, „mijając się z celami”. Nie mam wątpliwości, że do COP25 emisje wzrosną, tak jak rosną od szczytu paryskiego. Kolejny ma odbyć się w Chile. Brazylia pod rządami prezydenta Jaira Bolsonaro okazała się zbyt kontrowersyjna.

Jeszcze mniej mówiące wydają się wszystkie na wskroś zachowawcze deklaracje różnych środowisk (w tym naukowych), jakie pojawiły się wokół COP24. Ponieważ w napisaniu części z nich uczestniczyli moi przyjaciele, poprzestanę na zdawkowej niepogłębionej krytyce – wszyscy wiemy, że jest źle i że trzeba coś robić. Co robić, to już mało kto mówi. To znaczy mówi, tyle że rozwiązania wydają się nieadekwatne do potrzeb.

Konsekwentne odrzucanie energii jądrowej, jako części rozwiązania problemu, zarówno na poziomie COP, deklaracji środowisk naukowych i ekologicznych, opieranie całości odejścia od spalania paliw kopalnych na dalszym rozwoju odnawialnych źródeł energii (z których istotną cześć stanowi spalanie biomasy, w tym drzew), brak holistycznego podejścia do rozwiązania problemu (zdawkowe traktowanie rolnictwa, ochrony lasów, restytucji obszarów cennych ekologicznie, pomijanie rozwiązań zmierzających do ograniczenia produkcji mięsa), powoduje, że COP-y są uspokajającą sztuką dla sztuki, „objazdowym cyrkiem ekologicznym”, jak to zgrabnie określił na portalu REO Hubert Bułgajewski (#COP24 ZAKOŃCZONE: Objazdowy cyrk globalnego ocieplenia – Odjazd!).

Polityczne międzynarodowe rozwiązanie problemu nie istnieje, ale nie można nie odnotować, że porozumienia międzynarodowe zmniejszają nieznacznie tempo wzrostu emisji CO2. Choć nawet co do tego nie można być pewnym. Psychologia, wiedza i doświadczenie życiowe podpowiadają, że zawarcie umowy co do pewnych spraw powoduje nierzadko ich obrót w zgoła odmiennym kierunku.

Niestety podobnie trzeba ocenić wszelkie ruchy protestu. Ich rola jest istotna i niepomijalna, ale póki nie zaoferują realnych propozycji rozwiązań największego problemu ludzkości, ich wysiłek jest trwoniony, a można zakładać, że niebawem zostanie odrzucony przez społeczeństwa poszczególnych krajów. Obydwa proponowane rozwiązania, a jak wnoszę są to 100% OZE i, połączone ze zmianą świadomości, daleko idące ograniczanie konsumpcji, są co do zasady nierealne.

Pierwsze wobec ograniczeń fizycznych i materiałowych (czyli ostatecznie fizycznych), drugie wobec zasadniczej sprzeczności z behawioryzmem Homo sapiens, czy – jeśli ktoś woli – odsądzaną dziś od czci i wiary naturą ludzką. Ludzie, jak większość organizmów żywych, są organizmami aktywnymi, a ich bogate życie symboliczne powoduje, że odebranie im pragnień, marzeń i ograniczanie potrzeb jest w istocie odebraniem im (nam) wszystkiego, co mają (mamy). Aktywiści postulujący ograniczenie i samoograniczenie się nie dostrzegają zapewne, że u Homo sapiens nawet pasywność jest formą aktywności, samospełnienia, samookreślenia, realizacji marzeń i pewnej wizji siebie. Ale taka forma pasywnej aktywności jest, czy tego chcemy czy nie, osiągalna dla nielicznych. Postawy te zasługują z pewnością na szersze ujęcie, dość powiedzieć, że ludzie ubrani od stóp do głów przez cywilizację, nakarmieni przez cywilizację, wyposażeni w możliwości komunikowania się przez cywilizację, mieszkający w mieszkaniach stworzonych przez cywilizację, protestujący przeciwko cywilizacji (a przynajmniej zakładający możliwość jej powstrzymania na pewnym, poziomie) powinni mieć na względzie niespójność swojej postawy. Na razie nic takiego nie obserwujemy. Tłumy krzyczą – „ocalcie nasz dom!”. Nie krzyczą, jak to zrobić.

Obydwa „rozwiązania” są nieadekwatne. Ani 100% OZE, ani połączona z ograniczeniem konsumpcji mityczna „zmiana świadomości”. Ludzie nie ograniczą się nawet, kiedy cywilizacja zacznie upadać całkiem na serio (bo symptomy upadku widać już dziś). Jedyne ograniczenia będą czysto faktyczne, ale dążność do zawłaszczania dóbr, przestrzeni fizykalnej, geograficznej i symbolicznej pozostanie. Dość barwnie i z daleką większą swadą (której pragnę w tym miejscu uniknąć), pisze o psychologicznych i kulturowych aspektach owej nieadekwatności Paweł Droździak w cyklu „Winter is coming” na blogu „Psychologia i Polityka”, do którego w tym miejscu odsyłam (Psychologia i Polityka)

Osobnym tematem pozostaje stosunek do cywilizacji wielu moich osobistych znajomych i przyjaciół, ekologów, przyrodników, aktywistów, którzy wychowali się w większości na mniej lub bardziej uświadamianych założeniach ekologii głębokiej i innych podobnych nurtów. Doznaję uczucia przejmującego zdziwienia, kiedy patrzę na ich, Wasze Drodzy Przyjaciele, działania, kiedy opisujecie umieranie znanego Wam tak dobrze świata przyrody i jednocześnie zapowiadacie, że nie kiwniecie palcem aby go ratować, bo to by się nie daj Boże, wiązało z obroną cywilizacji, której nie kochacie.

Nie chcę dotykać Was osobiście, ale jako ojciec dwójki dzieci, powiedziałem sobie jakiś czas temu, że bez względu na nieistotność i pomijalność mojej roli jako jednostki w całym tym bałaganie, nie pozwolę sobie na to, żeby nie zrobić dla nich zupełnie nic. Że nie ma takich założeń i takich filozofii, które by mnie upoważniały do tego, żeby czekać na rozpad świata. A będzie to rozpad całościowy – cywilizacyjno-ekologiczny, bo nic nie przetrwa 4°C i dalszego wzrostu stężenia CO2.

Myślę, że i Wy powinniście sobie na te pytania odpowiedzieć, czekając na reaktory IV typu, fuzję jądrową i inne cuda, których na razie nie mamy.

Ja, szczerze mówiąc, też jej nie kocham – cywilizacji. Ale wiem, że to dzięki niej mogę chodzić w miarę bezpiecznie po lesie, mogę zawieźć chore dziecko do szpitala i zrobić wiele innych rzeczy. Że moja rodzina może w miarę bezpiecznie żyć i funkcjonować. Bo to nam daje cywilizacja. Czy ma złe i straszne strony? Ma! Ale skoro ratuje nasze życia, kiedy jesteśmy chorowitymi noworodkami, skoro pilnuje porządku i bezpieczeństwa, skoro pozwala nam cieszyć się życiem, to przyjmijmy w całości jej trudne konsekwencje.

Cywilizacji nie stworzył kapitalizm, ani socjalizm, ani nic innego, tylko my, ludzie. Ekspansywny, agresywny gatunek, który sięgając po pierwszy kamień rozpoczął swoją alienację ze świata przyrody, pozostając w nim jednocześnie w całości.  To rodzi nasz wielki dramat, ale rodzi również wielką odpowiedzialność za ten świat, świat przyrody. Zniszczyliśmy go, ale jesteśmy w takim momencie w historii, że jako ludzie świadomi, powinniśmy podjąć aktywne próby jego ratowania. Chyba że nie zakłada tego ekologia głęboka, chyba że jej założeniem jest zgoda na śmierć. Naszą, waszą, śmierć przyrody, która umrze ugotowana, spalona, zatruta dwutlenkiem węgla.

Gdybym mógł Wam coś powiedzieć, to może tyle, że żadna filozofia nie jest warta tego, żeby tak kurczowo się jej trzymać, a nierewidowana pozostaje martwym niewiele znaczącym kodeksem fanatyków.

Do czego zmierzam? Zmierzam do tego, że sytuacja jest prostsza, niż się wydaje,co paradoksalnie czyni ją niesłychanie trudną. Tak naprawdę jesteśmy na kursie 4°C do końca wieku. W ocenie mojej, ale również części naukowców (która jest znacznie ważniejsza od mojej), oznacza to całkowitą zagładę życia na ziemi i równie oczywisty upadek cywilizacji w tym okresie. Możemy tylko rozważać czy będzie to lat pięć, dziesięć, dwanaście, czy dwadzieścia.

Możemy zrobić niewiele, dlatego „doktrynę” #fota4climate skonstruowaliśmy jako doktrynę moralną. Tym niemniej, nawet w obrębie samej tylko moralności mamy rozwiązania adekwatne i nieadekwatne wobec stojących przed nami problemów.

O naszych pomysłach i swoistych tezach programowych mówiliśmy i pisaliśmy wiele, ale po lekturze znakomitej książki Janne M. Korhonena i Rauli’ego Partanena (fińskich badaczy i publicystów zajmujących zagadnieniami energetyki jądrowej, jej roli w ograniczaniu efektu cieplarnianego i miejsca w procesach społecznych) „Klimatyczna ruletka. Czy zwalczając energetykę jądrową zagrażamy naszej przyszłości”, zgodziłem się z autorami, że co do zasady mamy dwa działania ratujące klimat, a co za tym idzie przyrodę i cywilizację.

  1. Pierwsze z nich to zbudowanie i uruchomienie jak największej ilości elektrowni jądrowych i rzeczywiste odchodzenie od spalania paliw kopalnych. Nie ma wątpliwości, że to najtańszy, najszybszy i najmniej wpływający na środowisko sposób dekarbonizacji. Opcja 100% OZE jest fantasmagorią. Nierealną, nieuwzględniającą cywilizacyjnych potrzeb energetycznych, niezwykle kosztowną środowiskowo, zawłaszczającą zbyt duże połacie morza i lądu, bez widocznych efektów dekarbonizacyjnych, zużywającą zbyt wiele zasobów. OZE (bez spalania drzew) połączone z energią jądrową to najlepsze i jedyne szybkie rozwiązanie dekarbonizacyjne. Nie mówią o nim jednak ani COP24, ani liczne okołoCOPowe spotkania i konferencje, ani aktywiści (którzy poświęcają znaczą część działań na zwalczanie energii jądrowej).
  2. Drugie to sadzanie tak dużej ilości lasów i drzew, jak tylko się da. Pozwoliłoby to na realną i tanią sekwestrację węgla z CO2. Karhonen i Partanen zapominają cokolwiek o bagnach i torfowiskach, ale elementy te powinny być traktowanie razem, ponieważ są kolejnym istotnym i zdaje się jeszcze sprawniejszym elementem sekwestracji, niż lasy i drzewa jako takie.

klimatyczna_ruletka.jpg

Osobiście do elementów tych dodaję modlitwy. Piszę to zupełnie serio. Piszę to jako agnostyk, może nawet ateista. Stawiamy elektrownie, sadzimy i ratujemy lasy, odtwarzamy i ratujemy bagna. I módlmy się, żeby to pomogło. Bo jak nie pomoże to po nas. A bardzo wiele wskazuje, że nie pomoże. Ale tym bardziej nie pomogą mrzonki o 100% OZE i przemianie świadomości, które na obecnym poziomie zagrożeń stają się po prostu niebezpieczne. 

Te trzy elementy można uzupełnić o  inne, nieco mniej istotne, ale ciągle ważne. Poszukanie możliwości odchodzenia od zjadania tak ogromnych ilości mięsa i w ogóle zmian w produkcji rolnej, ograniczenia ruchu lotniczego, wzrostu efektywności energetycznej, spokojnego rozwoju OZE i wreszcie prób społecznej przemiany opartych o naukę, a nie pobożne życzenia.

Wokół tych elementów powinno się budować międzynarodowe porozumienie. Tymczasem samo już tylko odrzucenie atomu rujnuje całą debatę (pomijając opór producentów paliw kopalnych, którzy w naturalny sposób są zainteresowani, żeby świat Zachodu nie miał potężnych, stałych źródeł energii i uniezależniał się od gazu, ropy i węgla). Wydaje się, że na COP24, na konferencjach, spotkaniach i marszach wokół COP rozmawiano o wszystkim, ale nie o tego typu rozwiązaniach. Że cały COP i wszystko co wokół COP robi się po to, żeby realne rozwiązania zostały odrzucone. Tymczasem same okrzyki – Save our home! Nie wystarczą, a do pasywności ludzi można zmusić tylko metodami totalitarnymi. 

Owe nawoływania są tak dalece sprzeczne z naturą ludzką, że samych już tylko uczestników COP wtrącają, w konfuzję, co i jak mieliby robić, skoro powinni robić mniej. Założenie to jest ostatecznie nieprzekładalne na jakiekolwiek działania, czy to polityczne, czy też techniczno-organizacyjne. Nie wiadomo również, co miałaby oznaczać owa „klimatyczna sprawiedliwość”, do której nawołuje część ruchów i polityków. Wydaje się wszak pewne, ze jeśli nadal będziemy podążać ową fantazmatyczną drogą, to ona rzeczywiście nastąpi w takim wymiarze, że jednakowo zakończy los wszystkich, biednych i bogatych, choć ci ostatni roją sobie zapewne istnienie różnego rodzaju azylów. W mojej ocenie bezzasadnie.

Tymczasem jako #fota4climate wraz z atomowymi misiami zostaliśmy usunięci z Marszu dla Klimatu. jako „niezgodni” z jego ideami i założeniami, za co się, nawiasem mówiąc, nie gniewamy, ale co oznacza ni mniej nie więcej, że ani COP, ani uznane organizacje ekologiczne w kraju i za granicą, ani naukowcy, ani politycy nie rozważają dróg rzeczywistej dekarbonizacji, która może być oparta tylko o energię jądrową. Nie rozważają i nie poszukują możliwości międzynarodowego budowania i finansowania tego typu rozwiązań.

Niezwykle wielu naukowców i działaczy przyrodniczych i ekologicznych zachowuje się jak akwizytorzy OZE, którzy wcisną dowolne dane nierozumiejącym zagrożenia ludziom. Milczą kościoły. Potężne środki finansowe i materiałowe lokowane są w rozwój infrastruktury przyspieszającej globalne ocieplenie. Głównie transportowej, ale też umożliwiającej transport paliw kopalnych, czy całkowicie zbędnej, jak obiekty sportowe jednorazowego użytku na potrzeby różnego rodzaju igrzysk. Równie ogromne środki lokowane są w rozwój co najmniej dyskusyjnej koncepcji 100% OZE, z pominięciem ich roli w dalszym rozwoju kapitalizmu, uznawanego nota bene przez środowiska promujące tę opcję za najbardziej zabójczy dla Ziemi, przyrody i klimatu.

Wszystko, co wyżej napisałem, można traktować również jako niewielkie podsumowanie miesięcznych działań naszej grupy, którą postanowiliśmy określić mianem #fota4cilmate. Co nam się do tej pory udało, to zgromadzić wokół propozycji realnych działań na rzecz ludzi, klimatu i przyrody znaczną grupę osób o otwartych umysłach, którzy rewidują stary paradygmat ekologiczny i rewidują swoje dotychczasowe myślenie o drogach wychodzenia z tej ekstremalnie trudnej sytuacji.

Ale przede wszystkim wykonaliśmy pierwszy, niewielki ale niepomijalny krok do wprowadzenia do debaty publicznej kwestii energii jądrowej jako istotnego elementu trudnej klimatycznej walki. Odbyło się to kosztem pewnej konfrontacji z dotychczasowym paradygmatem ekologicznym, ale kosztu tego nie można było nie ponieść.

Bez względu na to jesteśmy otwarci na debatę i na budowanie realnych rozwiązań klimatycznych, ekologicznych, przyrodniczych, energetycznych i last but not least społecznych tak dla Polski, jak dla świata. Bo problem jaki mamy, nie jest problemem Polski, ale każdego mieszkańca kuli ziemskiej.

#fota4climate

Jak pokazuje COP24 i wszystkie dotychczasowe konferencje klimatyczne, musimy szukać rozwiązań poza międzynarodowymi mechanizmami politycznymi angażując ruchy sprzeciwu, naukowców, ale też znienawidzone korporacje, bo bez ich siły wszelki trud będzie daremny.

Odrzućmy dogmaty o złowrogiej cywilizacji, kapitalizmie, korporacjach. To nie jest pora na utwardzanie się we własnych poglądach. Poza cywilizacją jest tylko głód i przemoc, jak dziś w niszczonym bezsensowną wojna Jemenie. Bez życia, bez przyrody, bez cywilizacji, nie będzie żadnej przemiany społecznej. Nie wynośmy nauki na ołtarze, ale skoro korzystamy z niej dla ratowania i polepszania naszego życia, dla zdobywania wiedzy, rozrywki i zabawy, to użyjmy jej wobec klimatycznego i ekologicznego zagrożenia. Nie ma żadnego racjonalnego powodu, żeby odrzucić ją w tym jednym przypadku – ratowania życia na Ziemi. A z czymś takim mamy, zdaje się, do czynienia.

Póki co, zima jeszcze się pojawia. To daje pewną nadzieję, a choćby tylko jej iluzję. Myślę, że jest nam wszystkim potrzebna. Dziś poszedłem z córką na sanki. Zjeżdżaliśmy z górki, ale śniegu było tak niewiele, że szybko zaczęła spod niego wychodzić ziemia.

Być może tę walkę już przegraliśmy, ale nie odchodźmy w mrzonkach, marazmie i dobrym samopoczuciu budowanym na nierewidowanych od lat filozofiach i zabobonnym podejściu do nauki.

Politycy za nas tego nie zrobią, ale głupi sprzeciw bez wskazywania rozwiązań też nic nie da. Myślmy, działajmy, ratujmy cywilizację i co można uratować ze świata przyrody. Stawiajmy elektrownie jądrowe, sadźmy lasy i przywracajmy bagna.

I módlmy się. Choćbyśmy w nic już nie wierzyli.

 

 

 

 

Więcej o #fota4climat w linkach:

Nauka, duch, nadzieja – etyka i działanie w czasach klimatycznego kryzysu – podsumowanie spotkania FoTA 2

FoTA4Climate

R. Jurszo, Wojna atomowa na Marszu dla Klimatu, Oko.Press

 

 

PS Co do samej #fota4climate to pragnąłbym jedynie dodać, iż stanowisko, jakie tu prezentuję, jest moim własnym oglądem sprawy. Żaden z naszych członków/członkiń sympatyków i sympatyczek nie wyraża się w imieniu i za kształtującą się instytucję. Dlatego głos mój jest po prostu kolejnym głosem w debacie, która toczy się z różnym tempem i różnymi skutkami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s