Platonicy od GMO

Organizmy genetycznie modyfikowane stanowią dziś największe zagrożenie dla ludzkości, życia na Ziemi, a w szczególności cywilizacji życia, porównywalne tylko z masowymi przymusowymi szczepieniami i aborcją. GMO jest złem, z którym powinniśmy walczyć wszelkimi dostępnymi środkami.

Oczywiście żartuję, ale chciałem mieć klikalne wprowadzenie do tekstu. Skoro wszyscy ten grzech popełniają, to chyba i ja – skromny bloger – mogę. Gdybym w poprzednim wpisie użył słów „Mateusz Kijowski”, miałbym milion wejść, a tak tylko dziesiątki. Trzeba się wyzbyć podobnych skrupułów.

Ale jednak będzie o GMO. Kilka dni temu spotkaliśmy się w naprawdę zacnym gronie osób co najmniej zaniepokojonych kończącymi się możliwościami życia na Ziemi, i jednym z najbardziej żywotnych tematów, prócz spraw ściśle metafizycznych, okazała się być kwestia GMO, które oczywiście miało swoich zwolenników i przeciwników. Ponieważ podczas spotkania koncentrowałem się na kwestiach metafizycznych (nie uczestnicząc w debacie o GMO), kilka dni później zamieściłem na swoim wallu na Facebook’u krytyczny wobec GMO tekst z „Zielonych Wiadomości”, pt. „Społeczeństwo obywatelskie odrzuca GMO na konferencji FAO”. Oczywiście od razu wywiązał się spór, który obserwowałem na spotkaniu nieco z boku, z tym że bardziej intensywny może, bo przekaz pozbawiony emocji wyrażanych językiem ciała, głosem, wyrazem twarzy, jest – jak doskonale wiedzą wszyscy internauci – niezwykle niebezpieczny.

Co uderza w małych i dużych debatach o GMO to bardzo silne, niemalże religijne uniesienie, w jakim są prowadzone. Jest to to samo uniesienie, jakie towarzyszy debatom o szczepionkach i bardzo podobne do uniesienia w jakim Homo sapiens rozmawiają o aborcji, gender, kulturze gwałtu i tym podobnych sprawach. Bardzo szybko z ich uczestników wychodzi, przepraszam za określenie, platonizm, którym tak mocno jest naznaczone myślenie ludzi. Wszyscy tam szukają dobra i zła i przez wielkie „D” i wielkie „Z”. Dość szybko staje się oczywistym, że rozmowy o „tych sprawach” to rozmowy o metafizyce i religii, jak być może wszystkie ludzkie rozmowy bez względu na to, czego dotyczą.

W każdym razie, kiedy ludzie z dyplomami wyższych uczelni, zaczynają obrzucać się obelgami, nie jest dobrze, choć w świecie ludzi jest to – niestety – całkowicie normalne. Przy czym nadmieniam, że podczas naszego spotkania udało nam się zachować wszelkie reguły kulturalnej debaty. W internecie już nie. Spór o GMO, szczepionki i częściowo aborcję ma jeszcze tę szczególną cechę, że bezpośrednio dotyczy życia, naszego miejsca i stosunku do przyrody, a ostatecznie owych nieszczęsnych platońskich idej. GMO jako kamień filozoficzny, nieszczepienie jako kamień filozoficzny, ochrona życia poczętego jako kamień filozoficzny etc.

Osobiście podzielam pogląd jednego z moich przyjaciół i gości bloga, Piotra Tyszko-Chmielowca, że w obowiązującym modelu rolnictwa (a jednocześnie gospodarki i ekonomii), GMO są „zrozumiałe”, a być może również „konieczne”. Obydwa te predykaty są rozwinięciem myśli mojego gościa, z którymi w całości można się zapoznać pod linkiem. Mam nadzieję, że jest to rozwinięcie trafione. (Z poglądami Piotra Tyszko-Chmielowca można się zapoznać TUTAJ). 

Zwolennicy GMO podnoszą najczęściej, że organizmy GMO pozwalają produkować więcej żywności przy mniejszym zużyciu środków produkcji roślin i zapewne zwierząt, co za tym idzie, przy mniejszych nakładach, pozwalają wyżywić większą liczbę ludzi. Zapewne tak jest, ale większa liczba ludzi zawsze powoła do życia jeszcze większą liczbę ludzi, która będzie musiała jeść jeszcze więcej. Zysk jest zatem całkowicie pozorny. Platonizm (potraktujmy to pojęcie jako póki co umowne) zwolenników GMO wyraża się w tym, że uważają najprawdopodobniej większą liczbę ludzi za jakieś samoistne dobro, a przynajmniej coś, na co idea dobra spływa i promieniuje w sposób oczywisty.

Jest to teza co najmniej dyskusyjna. Ani życie ludzkie jako takie, ani w szczególności życie ludzkie rozmnożone ponad miarę, nie są na pewno wartościami samoistnymi, a mogą być w określonych sytuacjach antywartościami (przynajmniej tak uważa autor bloga). I chyba tego obawiają się przeciwnicy GMO, również dzielący się na dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy uważają, że GMO jest rakotwórcze, truje ludzi i tym podobne rzeczy, które są co do zasady w świetle posiadanej przez nas wiedzy oczywistymi bzdurami, druga ci, którzy widzą społeczne i ekologiczne skutki zwiększania produkcji rolnej, zwiększania powierzchni upraw, zwiększania liczby ludzi i całkowitego dewastowania ziemi uprawnej i w ogóle ekosystemów, jakie niosą ze sobą wielkie monokulturowe uprawy, a takie są co do zasady uprawy GMO.

Ta grupa przeciwników GMO, do której zdaje się zaliczać, nie jest obciążona owym „platonizmem”. Nie uważa GMO za obciążone substancjalnym złem, w sposób oczywisty nie wierzy w rakotwórczość GMO, ale dostrzega, że dalsze żyłowanie wzrostu jest prostą drogą do zbiorowego samobójstwa. Innymi słowy, jesteśmy arystotelikami namawiającymi do opamiętania się, to znaczy do zahamowania wzrostu, wiedząc najczęściej, że jest to całkowicie niemożliwe. Ludzkość nie zahamuje wzrostu, dopóki wszystko się nie zawali.

Konstatacja ta jest dla mnie o tyle nieoczywista, że dotychczas wydawało mi się najczęściej, że to my, prawdziwi obrońcy życia na Ziemi (w odróżnieniu od nazywających siebie tym mianem zwolenników nadpopulacji Homo sapiens), namawiający do opamiętania się, jesteśmy platonikami, a praktycy szukający nowych źródeł energii, czy nowych sposobów żywienia rozrośniętej ponad wszelką rozsądną miarę populacji Homo sapiens to arystotelicy. Być może jest jednak odwrotnie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie osobiście uderza. W kulturalnej części dyskusji, mój kolega podniósł, że przeciętny hejter GMO szybko zmienia zdanie, kiedy otrzymuje diagnozę cukrzycy i musi zaopatrywać się w insulinę, która dzięki GMO stała się bardzo tania i zapytał, jak odniosę się do tej zagadki. Odniosłem się w sposób, jak się wydaje, dość oczywisty – wszystko co wpływa na zwiększenie liczby ludzi, prowadzi do ich zagłady w skali masowej. W ten sposób zadziałały przede wszystkim szczepionki i nowoczesna medycyna, które w połączeniu z innymi elementami układanki, muszą doprowadzić do katastrofy życia na Ziemi jako takiej. (W tym kontekście ironią losu jest, że wielu antyszczepionkowców to jednocześnie owi pisani w cudzysłowie obrońcy życia przed aborcją).

Platonicy od GMO, innowacji, medycyny, szczepionek etc. domagają się ode mnie w tym miejscu, żebym był konsekwentny i popełnił samobójstwo oraz odrzucił wszystkie te zdobycze. Kolejność oczywiście odwrotna. Problem w tym, że jako istoty rozumne, powinniśmy jednak poszukiwać środka. To, że jest nas za dużo, nie znaczy, że musimy popełniać zbiorowe samobójstwo, ale oznacza być może, że powinniśmy pomyśleć o spowolnieniu wzrostu (nawet do wartości ujemnych), a na pewno powinniśmy pomyśleć o zmniejszaniu liczby ludności poprzez zmniejszanie liczby dzieci i promowanie tych, którzy z różnych przyczyn rezygnują z ich posiadania.

Czy ogromne monokultury GMO wpisują się w ten model? Czy wiara w GMO, podobnie jak wiara w naukę i technikę jako narzędzia do gwarantowania dalszego status quo nie wyglądają na zabobony?

Ostatecznie jeden z dyskutantów zwrócił uwagę, że powinniśmy w ogóle zdefiniować, co rozumiemy przez „złe” i „dobre”. Uwaga słuszna. Wiele bibliotek jest wypełnionych książkami poświęconymi temu zagadnieniu.

Znajduję się w tej ciągle niewielkiej grupie, w której uważa się, że cywilizacja istot rozumnych zdolnych do przekształcania przyrody w stopniu większym, niż żuk toczący kulkę gnoju, oparta na spalaniu paliw kopalnych z definicji musi ulec zagładzie, pociągając za sobą znaczą część życia jako takiego. W tym świecie, świecie tej wąskiej grupy, zagadnienia dobra i zła tracą na znaczeniu.

Dodam może jeszcze to, że tekst powyższy jest jedynie wprowadzeniem do obszerniejszej relacji ze spotkania, jakie odbyło się w szerszym gronie czytelników bloga, aktywistów ekologicznych, naukowców, działaczy, publicystów, wydawców czy po prostu moich przyjaciół zdających sobie sprawę ze szczególnego miejsca historii Ziemi, w jakim się znaleźliśmy.

 

PS O tych platonikach i arystotelikach piszę całkowicie nieprzypadkowo, naciągając może nawet fakty, bo podczas naszego spotkania doszliśmy do jeszcze innych, nawet dalej idących klasyfikacji i podziałów, o równie tradycyjnych korzeniach i w równie ciekawy sposób łączących się z ekologią, a faktycznie końcem życia na Ziemi. Innymi słowy, choć trochę żartuję, to nie do końca.

Reklamy

14 myśli na temat “Platonicy od GMO

Dodaj własny

  1. Uważam, że przyjąłeś nieuzasadnione założenie, że bycie zwolennikiem GMO implikuje wiarę w ideę wzrostu.

    Może być wprost przeciwnie. Można uważać GMO za najlepsze dostępne aktualnie narzędzie, żeby ograniczać ilość ziemi przeznaczonej pod uprawy i próbować przywrócić ten teren naturalnej roślinności. Można dostrzegać, i są na to całkiem sensowne dowody, że bardzo dobrym sposobem na ograniczenie boomu populacyjnego jest poprawa dobrobytu danej grupy społecznej – edukacji, zmniejszenia czasu potrzebnego na zaspokajanie podstawowych potrzeb (czyli, w kontekście GMO, ograniczenia potrzeby harówki na polach i rozwiązanie problemu fluktuacji produkcji na tychże polach z powodu susz/powodzi/innych katastrof raz na parę lat).

    W kwestii ludzkości skazanej na zagładę, jeżeli nie uda nam się wyjść poza Ziemię, to i tak prędzej czy później jakaś asteroida spowoduje, że ludzkość albo i całe życie na niej się skończy – więc można postulować optymalizację wszystkiego, co ten ewentualny skok ułatwi, w tym zmianę warunków bytowania ogromnej części populacji Ziemii na bardziej rozwojowe, a nie skupianie się znowu na podstawowych potrzebach.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Brakuje mi w tej analizie zjawiska GMO chyba najważniejszego – marketingowe znaczenie tej technologii dla przyspieszenia centralizacji kapitału połączonej ze wzmocnieniem już niezwykle potężnych oligo i monopoli.
    Biologiczne zagrożenia GMO są przy skutkach ekonomiczno-społecznych wykorzystania tego narzędzia wzmacniania bio-władzy (Foucault się kłania) wręcz marginalne.
    Krótko mówiąc rozpowszechnienie GMO na świecie, to + 1000 do wszechwładzy kapitału i – 1000 do wolności wyboru.
    Reszta, łącznie z rakiem od glifosatu, to małe piwo 🙂

    Polubienie

    1. To tylko i wyłącznie dotyczy tych konkretnie GMO, które są własnością jakiejś konkretnej korporacji – czyli przykładowo zupełnie ma się nijak do złotego ryżu.

      I przykład Indii pokazuje, że nawet w przypadku GMO, do których posiadają prawa te korporacje, gigantyczny czarny rynek nasion GMO to zagrożenie znacząco zmniejsza. Dodatkowo, patenty wygasają – taki glifosat już dawno jest domeną publiczną, na przykład.

      Wiesz przy okazji, że te mityczne procesy wytaczane przez Monsanto rolnikom, którym na pole nawiało troszkę nasion GMO, to, właśnie, mityczne procesy? Monsanto faktycznie wytaczało procesy, ale wyroki skazujące były tylko w przypadkach, gdy ewidentnie, świadomie i celowo miało miejsce nadużycie (rozumiane w kontekście obowiązujacego w USA prawa).

      Z tym rakiem z glifosatu to weź nie żartuj. Wyszedł w jednym, metodologicznie beznadziejnym badaniu, autor którego to badania (Seralini) potem wypluł z siebie pracę o leczeniu homeopatycznym skutków owego wydumanego zagrożenia.

      Polubione przez 1 osoba

      1. Nie miałem na myśli procesów, bo to pierdoły, ale wykupywanie i kapitałowe kontrolowanie całego rynku nasion już jest istotne i się to dzieje.
        Glifosat nie jest GMO, to chemiczne badziewie, archaiczne, stosowane w dużych stężeniach, nieselektywne. Są znacznie lepsze herbicydy, które stosuje się w znacznie subtelniejszych dawkach, ale właśnie sprzężenie tego muzealnego herbicydu z GMO ogranicza ich stosowanie, bo korporacji się to nie opłaca.
        A Seralini badał nie glifosat, lecz skutki karmienia kukurydzą z genem odporności na glifosat, co ma się nijak do rakotwórczych właściwości glifosatu.

        Polubienie

      2. Oczywiście, że glifosat nie jest GMO, ale sam o nim wspomniałeś. Nie mam pojęcia, co chcesz rozumieć przez archaiczne, ale nijak mi się to nie zgadza z tym, że został wynaleziony w 1970 roku. Być może są teraz lepsze herbicydy – jakie konkretnie?

        Dominacja na rynku nasion to problem znacznie szerszy, niż tylko GMO i w dużej mierze od GMO niezależny – istniał dużo wcześniej, niż GMO się w ogóle komercyjnie pojawiły. GMO faktycznie tutaj nie pomaga, ale też niekoniecznie bardzo zmienia sytuację.

        I weź sobie doczytaj, co badał Seralini – właśnie kukurydzę pryskaną RoundUpem w różych stężeniach.

        Polubione przez 1 osoba

  3. Abstrahując od przedziwnej ahistorycznej interpretacji Platona/Arystotelesa to żadna podniesiona kwestia nie jest specyficzna dla GMO. Jeśliby te argumenty nawet działały to działają przeciwko smacznie zajadanym roślinom pozyskanym metodami chemicznej i radiacyjnej mutagenezy czy krzyżówek konwencjonalnych, które odmiany tak chętnie wybiera ekorolnictwo. To gdzie argument anty-GMO?

    Polubione przez 1 osoba

    1. Oczywiście, problemem jest chory (lecz wydajny na krótką metę) model współczesnego intensywnego rolnictwa przemysłowego napędzanego paliwami kopalnymi, GMO tylko przyspieszyło nieco jego ekspansję, ale samo w sobie jest mało istotne, za to bardzo medialne.

      Polubienie

    2. Jest, ponieważ GMO jest tu figurą fantazji. W znaczeniu psychoanalizy oczywiście. A Platon i Arystoteles, to – jak można się domyślić – żart. GMO jest fantazją o możliwej przyszłości, która w rozmarzającym świecie jest fizycznie, naukowo niemożliwa.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: